Wyślij Samborowi maila

[ kontakt ... ]



Fundacja Przeciwko Leukemii

Strona Medigenu Strona Medigenu

Stowarzyszenie "KROPLA"

Stowarzyszenie Chorych na Białaczkę

Stowarzyszenie Chorych na Białaczkę

Szkoła Windsurfingu

Szkoła Windsurfingu
  Tytułem wstępu  

Nadeszła pora, żeby kolejny raz zmienić treść tej zakładki i uaktualnić zawarte w niej informacje. Historię swojej choroby pragnę przedstawić Wam drodzy Czytelnicy z perspektywy człowieka, który przeszedł zabieg przeszczepu szpiku kostnego i w domowym zaciszu czeka z niecierpliwością na całkowity powrót do normalnego życia, jakie prowadził przed fatalną diagnozą. Odświeżam więc wspomnienia i zapraszam do prześledzenia ich razem ze mną.


  Grypa ?  

Koniec października 2005 roku zaczął się przeziębieniem. Zapobiegawczo (jak radził mój domowy lekarz, czyli babcia) kupiłem sobie witaminę C i piłem herbatkę z cytryną. Stan podgorączkowy utrzymywał się tydzień, przy czym oczywiście chodziłem na zajęcia, bo jak stwierdzili doświadczeni studenci mojej uczelni, na medycynie nie opłaca się chorować. Później pojawił się kaszel, bóle mięśni, ogólne rozbicie i jeszcze wyższa temperatura. Wszystko więc wskazywało na grypę. Dalej uparcie nie szedłem do lekarza. Dopiero, gdy do Katowic przyjechali moi rodzice, stwierdzili, że w takim stanie na żadne zajęcia nie pójdę. Była to sobota. W poniedziałek odwiedziłem uczelnianego doktora. W książeczce zdrowia mam wpisane rozpoznanie infekcji dróg oddechowych z datą 7 listopada. Dostałem antybiotyk oraz zwolnienie do czwartku, bowiem wtedy miało się odbyć pierwsze kolokwium z anatomii. Ucz się człowieku z opasłego Bochenka, gdy z oczu Ci łzy płyną i zasypiasz po przeczytaniu 3 zdań! W środę rano doszedłem do wniosku, że tylko tracę czas, a akademik nie służy polepszeniu stanu mojego zdrowia. Spakowałem jeszcze do plecaka stosy książek i ruszyłem do Tarnowa. Do domu mojej babci dotarłem w kiepskim stanie. Od razu wskoczyłem do ciepłego łóżka. Wieczorny pomiar temperatury wskazał 40,5 stopnia. Przyjechała do mnie pani doktor z wizytą domową, przepisała inny antybiotyk i kazała zgłosić się do kontroli w poniedziałek, bowiem w piątek wypadało nasze święto narodowe. Po weekendzie dostałem skierowanie do pulmonologa, który nie wykrył żadnej zmiany w płucach, oraz do laryngologa, który też nie znalazł przyczyny tak długo utrzymującej się gorączki. Dostałem trzeci antybiotyk. We wtorek zrobiłem badania krwi i moczu. Okazało się, że mam złe wartości.


  II oddział wewnętrzny  

W szpitalu im. Św. Łukasza w Tarnowie znalazłem się we wtorek 15 listopada. Z braku miejsca trafiła mi się rezydencja na korytarzu. Codzienna gorączka dochodząca do 39,5 wymęczyła mnie okropnie. Opiekę nade mną sprawowała pani doktor Barbara Chudy, hematolog. Stosunkowo krótki był to pobyt. W piątek rano, z podejrzeniem ostrej mieloproliferacji (co to kurde jest?), zostałem przewieziony karetką na   Klinikę Hematologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. 


  Witamy na Kopernika  

I tak oto zaczął się długi, ponad czteromiesięczny okres mojej hospitalizacji, pod okiem krakowskich specjalistów. Trafiłem na salę numer dwa, w ręce doktora Tomasza Sachy, pani doktor Kajetany Foryciarz oraz pani doktor Magdaleny Piotrowskiej. Opisując szczegółowo tę część mojego życia, jakże bogatą w przeróżne przeżycia, mógłbym szanownego Czytelnika niechcący zanudzić. Ograniczę się więc jedynie do kilku faktów, dokładne informacje można natomiast znaleźć w   Aktualnościach zdrowotnych.   Potwierdziła się smutna diagnoza. Ostra białaczka limfoblastyczna, typu B. Co dokładnie niosło za sobą to sformułowanie, nie miałem wtedy pojęcia. Dodatkowo wyniki badania molekularnego wykazały w moim kariotypie nieprawidłowy chromosom Philadelphia. Jak się później dowiedziałem, owa mutacja genetyczna uniemożliwiła mi autoprzeszczep. Od razu wykonano badania na zgodność mojego brata. Niestety, szansa na przeszczep od dawcy spokrewnionego też odpadła. Jako, iż jurny ze mnie mężczyzna, do tego jeszcze nie obdarzony potomstwem, przed rozpoczęciem chemioterapii, zabezpieczyłem swoje plemniczki. Skierowano mnie też na wszelkiego rodzaju konsultacje, zaczynając od stomatologicznych, na kardiologicznych kończąc. Cykl składał się z trzech etapów. Pretreatment, czyli faza wstępna, trwała tydzień. Później indukcja, sprowadzająca się do czterech, cotygodniowych wlewów dożylnych. Konsolidacja, będąca podtrzymaniem, planowo powinna trwać dwa miesiące. U mnie, ze względu na półpaśca oraz ciężkie, obustronne zapalenie płuc, wszystko znacznie rozciągnęło się w czasie. Nie mogłem wyjść na żadną przepustkę, toteż byłem wówczas pacjentem z najdłuższym stażem. Doświadczyłem niejednego. Wypadanie włosów, straszliwe nudności po cyklu, masa nieudanych punkcji lędźwiowych, chemia podana do kanału kręgowego, po której dostałem padaczki i straciłem przytomność na osiem godzin, terapie antybiotykowe, bronchofiberoskopia, dwa zabiegi zakładania wkłucia centralnego, zniszczenie śluzówki Methotrexat'em, po którym, ze względu na okropny ból, zostałem podpięty do morfiny... To tylko niektóre z niemiłych wspomnień. Cierpienie fizyczne było jednak niczym, w porównaniu z bólem, jaki sprawiła mi śmierć osób, z którymi zdążyłem się zaprzyjaźnić, a które wciąż bliskie są mojemu sercu.


  Wypis  

Pod koniec marca 2006 roku wreszcie opuściłem oddział. Dwa tygodnie później zostałem poddany profilaktycznym naświetlaniom głowy w Pracowni Radioterapii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu. Pozostawałem pod opieką lekarzy z kliniki, konsultując z nimi mój stan zdrowia. Co sześć tygodni przyjeżdżałem do Krakowa na cykl podtrzymujący. Chemię dostawałem do momentu, w którym znaleziono dla mnie dawcę. Oczywiście byłem też zaopatrzony w cytostatyki i całą masę innych lekarstw, w tym w to najważniejsze - Glivec.


  Prawie  

Student studiować powinien. Znajdowałem się w remisji, wyniszczony organizm zdążył się w znacznym stopniu odbudować, samopoczucie dopisywało, wizja szybkiego przeszczepu stawała się coraz mniej wyrazista. W tej sytuacji postanowiłem podjąć ponownie trud nauki. W domu przecież siedzieć wiecznie się nie da. Decyzja taka rodziła oczywiście mnóstwo wątpliwości i trudności. Nie byłem przecież zdrowy w sensie dosłownym, a jedynie "zaleczono" moją chorobę, która w każdej chwili mogła się ponownie ujawnić. A tu trzeba było wyjść spod klosza: wsiąść do tramwaju pełnego ludzi, iść na zakupy do zatłoczonego sklepu, ugotować sobie obiad czy posprzątać mieszkanie. Do tej pory przy pospolitych, domowych czynnościach wyręczała mnie rodzina. Nadszedł czas na powrót do samodzielności. Dzięki wstawiennictwu i zaangażowaniu prof. Skotnickiego, któremu jestem ogromnie wdzięczny, udało mi się w trybie nadzwyczajnym przenieść z uczelni w Katowicach do Krakowa. Nie obyło się jednak bez problemów i masy załatwień, ale ostatecznie otrzymałem indeks Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ze względu na wizyty na klinice, infekcje, spadki wartości (czasem jednak praktycznie przy zerowej odporności chodziłem na zajęcia!) narobiłem sobie sporo nieobecności. Choć studiowałem medycynę, niewielu wykładowców wykazywało w stosunku do mnie wyrozumiałość i cierpliwość. Nie pora jednak na opisywanie wszystkich moich przeżyć z tego okresu. Najważniejsze, że udało mi się przebrnać przez pierwszy semestr. Mimo wszystkich przeciwności, bardzo mile wspominam te kilka miesięcy spędzonych w grodzie Kraka. Było prawie tak, jak dawniej. Jednak każdy wie, że "prawie" robi jednak różnicę..


  Spóźniony prezent  

W marcu, kilka dni po moich 22. urodzinach zadzwoniła do mnie pani Monika Sankowska z Fundacji Przeciwko Leukemii. W zasadzie z całej rozmowy pamiętam tylko jedno jej zdanie: "Tomku, znaleźliśmy ci dawcę". Chyba nie muszę pisać, jak wielka była moja radość. Łzy popłynęły mi po policzku. Poszukiwania prowadzone we wszystkich światowych rejestrach do tej pory okazywały się bezowocne. Ale wreszcie się udało! Zgodność antygenowa wynosiła 9/10, a to oznaczało, że klinika w Katowicach gotowa była podjąć się zabiegu.


  Załatwienia  

Zaczęły się przygotowania, które oznaczały głównie przeprowadzenie licznych, niezbędnych badań i konsultacji.
W związku z tym odwiedzi?em laryngologa i stomatologa. Wizyta u tego ostatniego nie była zbyt przyjemna, bowiem skończyła się usunięciem dwóch dolnych ósemek, jako potencjalnych wrót dla infekcji podczas transplantacji. Rodzina postawiła mi warunek, że muszę przytyć kilka kilogramów. Uporządkowałem też swoje sprawy uczelniane. Trzeci już raz zmuszony byłem wziąć urlop zdrowotny, ale chyba miałem ku temu dobry powód?


  Katowice  

24 maja 2007 r. przyjęto mnie na oddział. Połowa rzeczy, które przywiozłem ze sobą, została odrzucona podczas selekcji. Musiałem jeszcze pójść do fryzjera i ogolić głowę na przysłowiowe "zero". Dostałem chwilkę na pożegnanie się z rodziną, po czym zamknęły się za mną drzwi śluzy, co było równoznaczne z czekającą mnie kilkutygodniową izolacją.


Copyright gasior & druciu & sebek © 2006-2010
Dodaj do ulubionych   | Ustaw jako stronę startową | Powiadom znajomych o tej stronie